Im dłużej żyjemy-tym większe zataczamy kręgi:)


Obserwatorzy

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści z PRL-u :). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści z PRL-u :). Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 października 2016

To nie jest golf dla kotki:)


 Tak, to golfik dla człowieka:)) pod kurtkę lub płaszcz. 
Zrobiłam go na zamówienie, po raz pierwszy w życiu:)

Kiedyś, w latach 80-tych ubiegłego wieku...;) 
 podobny nosiła  moja przyjaciółka szkolna.
O ile dobrze pamiętam, był w kolorze szafirowo- granatowym. 

Nie podobał mi się on wtedy bardzo,
taki niewykończony sweter, ble....:(
Sama zawijałam się jesienią i zimę we własnoręcznie robione szaliki. 
No ale Jola- a raczej Jej mama wiedziała co robi:)) dziergając dla niej taki golfik. 


Przyjaciółce zawsze było ciepło, bo w szatni chowała golfik do małej kieszonki płaszcza 
(gdzie ja  upychałam po rękawach jakieś duże szaliki i czapki:))) 
i mogła chodzić w cieńszych sweterkach czy bluzkach:)
Ja musiałam się grzać w szkole  w ciepłych swetrach,
czy grubych golfach:) przy ostrych, porządnych, starych  zimach:)). 


I teraz , po tylu latach kiedy sama zrobilam golf "vintage":) 
doceniłam jego zalety. 

Ten akurat jest wolny, czyli
"for sale":) 

Był przeznaczony  dla kobietki, która lubi ciuszki  "boho",
 więc  okazał się zbyt spokojny w swoim stylu :) 

Jak widzicie, moja Laluśka trochę zdziwiona,
że sama ją ubrałam w golf, początkowo chciała uciec. 

Ale skoro miło grzeje w szyję i plecki, 
czemu nie dać sobie zrobić kilku fotek? :)


Dane techniczne; 
- włóczka: polska "Czterdziestka", miękka , nie gryzie  40% wełny, 60 % akryl
- wzór: projekt autorski, ściągacz i drobny ryż
- waga: ok 12 dkg
Wymiary;
- wysokość golfu 12 x 2 cm = 24 cm,
- plastron w dół; czyli karczek; 26 cm,
- szerokość 31 cm, 
- szerokosć w ramionach; 37 cm. 
Czyli z wymiarów wynika, że to prawie pół sweterka:)) 


No ale ileż można pozować...;)

Jeśli komuś sie spodoba , zapraszam na maila;)) - 
ja sobie zrobię podobny, może w warkocze? :) lub w innym kolorze...:)

Teraz mam na drutach ocieplacz-
prawie golf zupełnie inny i zwariowany:)

A Wy, nosicie takie golfiki? 
Sprawdzają się Wam lub Waszym dzieciom? 
Chętnie poczytam :))


sobota, 3 września 2016

Historia żółtej...ażurowej, bawełnianej tuniki:)




Dziś znów trochę sentymentów,  
z niezbyt kolorowego PRL-u:)
Był rok 1987 i być może nie uwierzycie, 
ale włóczki nie kupowało się jak dziś w pasmanteriach czy sklepach dziewiarskich.
Czasem prawdziwą wełnę można było zdobyć u górali , przy okazji wyjazdu,  
lub kupić bezpośrednio na ulicy od handlujących w centrach dużych miast. 
Czasem  udało się kupić włóczkę koszmarnej niestety jakości, w dużych domach towarowych.
No i oczywiście śliczne wełenki i  np. mohery jedynie w PEWEX-ie:)
Pamiętam "anitex", który przypominał nieco tzw. półmoher i robił furorę...
niestety, do pierwszego prania, no może do drugiego. 
Robiła się z tego jakaś pozbawiona puszystości dzianina, powiedziałabym "szmaciana":(
No i tu , by nie przedłużać;) wracam do mojej żółtej bawełny. 
Mieszkałam wówczas w akademiku,
 i w osiedlowym sklepie, gdzie można było kupić :
 "schwarc, mydło i powidło"..:)
już od progu rzuciła mi się w oczy ta włóczka.


Była umieszczona niedbale, bardzo wysoko na regale, ot tak, 
samotnie sobie leżała, 
Oczywiście  w latach, gdzie nosiło się jeszcze kolory bardziej stonowane:) 
była zbyt krzykliwa, dlatego nie wzbudzała zainteresowania.
Nie patrzyłam już na nic innego, od razu kupiłam:) uszczęśliwiona cały zapas, chyba 1 kg;)
Nawet moja przyjaciółka, która świetnie dziergała, nie podzielała mojego entuzjazmu:)
I nawet nie o kolor mi tu chodziło, ale o to, że jest dobrego gatunku, 
perłowa, średniej grubości, w sam raz na druty.
Wówczas nie robiłam nic na szydełku.
Jednak, jak to w akademiku:) akurat miałam inne zajęcia, 
oraz na drutach jakiś sweter dla siebie, odłożyłam  bawełnę do szafy, 
bez konkretnego przeznaczenia. 


Przeprowadzała się ona ze mną co najmniej kilka razy, zmieniały się szafy i adresy:)
Ja założyłam rodzinę, urodziłam syna, 
nawet zrobiłam mu kilka ciuszków, w tym sweterków.
No ale ten kolor nijak do chłopca nie pasował. 
Potem urodziła się córka, ja zajęta obowiązkami, 
dziergałam raczej dla dzieci niż dla siebie. 



Ale, gdy córka miała chyba już rok:) w 1993 roku, 
wyjęłam tą żółtą, krzykliwą i papuzią w kolorze bawełnę:) -
 wydziergałam sweter.


Jednak,  jak wiecie fason rozciąga się w ażurowej dzianinie, po praniu zrobiła się tunika;))
Kupiłam sobie nawet super kolorową viskozę a'la Picasso:)  
i poprosiłam Mamę o uszycie długiej do ziemi,  prostej , 
letniej spódnicy z rozcięciami. 


Już jej nie mam ale tak właśnie  nosiłam w ciepłe dni tą tunikę.
Potem na długie lata odłożyłam ją do szafy, ona  w międzyczasie się sama zblokowała;), 
ażury wyprostowały, mnie przybyło kilogramów:). 
Ponieważ  figurę mam bardziej niż okrągłą, jakoś się w niej nie widzę, 
ale lubię bardzo:)
Już nawet raz, o TU:)
obiecałam Wam ją pokazać;)



Przy szyi początkowo duży dekolt ściągnęłam sznureczkiem, żeby było tak grzecznie;)
Teraz wyjęłam go i swobodnie też fajnie wygląda. 
Jak zrzucę trochę kilogramów, będę w niej chodzić;) 
obiecuję, bo fajnie wygląda do legginsów.



Tył zrobiłam nieco inny niż przód, bo praca dłużyła mi się wtedy okropnie,
 gdy wychowując dwoje maluchów , 
do drutów mogłam właściwie spokojnie zasiąść jak oni szli spać;)
Już wiecie, dlaczego jestem sową:))? 


Słonecznych ciepłych i kolorowych
 dni wrześniowych Wam życzę;)