Im dłużej żyjemy-tym większe zataczamy kręgi:)


Obserwatorzy

sobota, 3 września 2016

Historia żółtej...ażurowej, bawełnianej tuniki:)




Dziś znów trochę sentymentów,  
z niezbyt kolorowego PRL-u:)
Był rok 1987 i być może nie uwierzycie, 
ale włóczki nie kupowało się jak dziś w pasmanteriach czy sklepach dziewiarskich.
Czasem prawdziwą wełnę można było zdobyć u górali , przy okazji wyjazdu,  
lub kupić bezpośrednio na ulicy od handlujących w centrach dużych miast. 
Czasem  udało się kupić włóczkę koszmarnej niestety jakości, w dużych domach towarowych.
No i oczywiście śliczne wełenki i  np. mohery jedynie w PEWEX-ie:)
Pamiętam "anitex", który przypominał nieco tzw. półmoher i robił furorę...
niestety, do pierwszego prania, no może do drugiego. 
Robiła się z tego jakaś pozbawiona puszystości dzianina, powiedziałabym "szmaciana":(
No i tu , by nie przedłużać;) wracam do mojej żółtej bawełny. 
Mieszkałam wówczas w akademiku,
 i w osiedlowym sklepie, gdzie można było kupić :
 "schwarc, mydło i powidło"..:)
już od progu rzuciła mi się w oczy ta włóczka.


Była umieszczona niedbale, bardzo wysoko na regale, ot tak, 
samotnie sobie leżała, 
Oczywiście  w latach, gdzie nosiło się jeszcze kolory bardziej stonowane:) 
była zbyt krzykliwa, dlatego nie wzbudzała zainteresowania.
Nie patrzyłam już na nic innego, od razu kupiłam:) uszczęśliwiona cały zapas, chyba 1 kg;)
Nawet moja przyjaciółka, która świetnie dziergała, nie podzielała mojego entuzjazmu:)
I nawet nie o kolor mi tu chodziło, ale o to, że jest dobrego gatunku, 
perłowa, średniej grubości, w sam raz na druty.
Wówczas nie robiłam nic na szydełku.
Jednak, jak to w akademiku:) akurat miałam inne zajęcia, 
oraz na drutach jakiś sweter dla siebie, odłożyłam  bawełnę do szafy, 
bez konkretnego przeznaczenia. 


Przeprowadzała się ona ze mną co najmniej kilka razy, zmieniały się szafy i adresy:)
Ja założyłam rodzinę, urodziłam syna, 
nawet zrobiłam mu kilka ciuszków, w tym sweterków.
No ale ten kolor nijak do chłopca nie pasował. 
Potem urodziła się córka, ja zajęta obowiązkami, 
dziergałam raczej dla dzieci niż dla siebie. 



Ale, gdy córka miała chyba już rok:) w 1993 roku, 
wyjęłam tą żółtą, krzykliwą i papuzią w kolorze bawełnę:) -
 wydziergałam sweter.


Jednak,  jak wiecie fason rozciąga się w ażurowej dzianinie, po praniu zrobiła się tunika;))
Kupiłam sobie nawet super kolorową viskozę a'la Picasso:)  
i poprosiłam Mamę o uszycie długiej do ziemi,  prostej , 
letniej spódnicy z rozcięciami. 


Już jej nie mam ale tak właśnie  nosiłam w ciepłe dni tą tunikę.
Potem na długie lata odłożyłam ją do szafy, ona  w międzyczasie się sama zblokowała;), 
ażury wyprostowały, mnie przybyło kilogramów:). 
Ponieważ  figurę mam bardziej niż okrągłą, jakoś się w niej nie widzę, 
ale lubię bardzo:)
Już nawet raz, o TU:)
obiecałam Wam ją pokazać;)



Przy szyi początkowo duży dekolt ściągnęłam sznureczkiem, żeby było tak grzecznie;)
Teraz wyjęłam go i swobodnie też fajnie wygląda. 
Jak zrzucę trochę kilogramów, będę w niej chodzić;) 
obiecuję, bo fajnie wygląda do legginsów.



Tył zrobiłam nieco inny niż przód, bo praca dłużyła mi się wtedy okropnie,
 gdy wychowując dwoje maluchów , 
do drutów mogłam właściwie spokojnie zasiąść jak oni szli spać;)
Już wiecie, dlaczego jestem sową:))? 


Słonecznych ciepłych i kolorowych
 dni wrześniowych Wam życzę;)


1 komentarz: