Jeszcze na początku jesieni upolowałam sobie w SH, ogromny, delikatny, ażurowy szal.
Podziwiałam wzór, miękkość nitki, malinowy kolor.
Sama bym takiego nie zrobiła z powodu niecierpliwości;)
Ale w moich kilkunastoletnich zapasach czapek
nie miałam pasującej;)
Miałam dwie nowe włóczki podobne w domu, ale brakowało tego czegoś...
I oto znów w SH wpadł mi w ręce mały szalik z ozdobnego melanżu moherowego.
To było to! Wyprałam, sprułam i w mig powstała czapa.
Kocham ją po prostu, a moher nic a nic nie gryzie;)
Noszę non stop i odkrywam, że to bardzo kobiecy zestaw;)
A tak powstawała, w listopadzie;)
Sorki, ale zdjęcia były nocne, w ferworze pracy.

















































