Jest połowa lat 70-tych (ubiegłego wieku:), czasy siermiężnego,
szaro- burego PRL- u na ulicach.
Ludzie ubrani raczej w szarości, brązy, granaty, ciemne, bure zielenie i czerń.
Bardzo powoli, ale jednak, hitem stają się kolory ziemi, czyli "khaki".
Tu posłużę się Wikipedią:
Khaki (czyt. khaki, kaki; nazwa pochodzi od słowa khāki z języka hindi, które oznacza "zapylony",
"koloru pyłu" khāk – "pył", "kurz") – kolor płowo-kasztanowo-cynamonowo-ziemisto-żółty.
Pierwszą odzież khaki produkowano w Barodzie w zachodnich Indiach.
Służy do kamuflażu jako kolor ochronny mundurów wojskowych.
Jednak dziś nie o kolorach khaki będzie moja opowieść:)
Moja mama od dziecka szyła mi sukieneczki, bluzki i całą garderobę:)
począwszy od krótkich spodenek,
(w których razem z kolorowym podkoszulkiem biegałam cale lato),
na płaszczykach skończywszy:)
Zawsze dbała, by na wyjścia być ubraną odpowiednio do sytuacji.
Dziś nazywacie to dress codem:)
Jest jakaś pochmurna , wczesnojesienna sobota,
idę z Mamą w odwiedziny do Taty,do szpitala.
Dawniej odwiedzało się chorych tylko w soboty i niedziele.
Mam jakieś 9-10 lat, jestem ubrana w odświętną sukienkę z bordowego aksamitu w granatowe wisienki:)
Pod szyją nakładany, biały kołnierzyk. Nie cierpię rajstop (ja chłopczyca:) a do sukienki mam ubrane takie dziecinne, białe, grubsze. Ale cóż jak mus to mus:(.
Ogólnie nastrój mam nieciekawy, idziemy z Mamą w centrum miasta,
trzymam ją za rękę, trochę rozmawiamy o chorobach, szpitalu, ot tak, o życiu.
Na ulicy jest ludzi niewiele, ale ja nauczona od Mamy, lubię się im przyglądać, zwłaszcza jak są ubrani.
Nagle już z oddali dostrzegam bardzo ciekawe, kolorowe,
nieziemskie
zjawisko:), które przyciąga mój wzrok.
Po przeciwległej stronie idzie piękna, około 30-35 letnia kobieta,
wysoka blondynka z bujnymi lokami, ubrana jest bardzo zwiewnie.
Spódnica w kolorze soczystej zieleni, prawie seledynowej, bluzka chyba w kwiaty,
raczej w neonowe niż różowe.
Do tego jakiś zwiewny, długi szal- apaszka w kolorze mocnego różu
i o ile dobrze pamiętam, bardzo kanarkowy odcień zielonego, lekkiego żakietu.
Minęła nas a ja aż się za nią obejrzałam:)
"Mamo!", powiedziałam, "zobacz jak ona jest ubrana?
Te kolory nie pasują do siebie! Jak można się tak ubrać? "
Nie było człowieka, który by na nią nie zwrócił uwagi:)
Moja mama, z natury konserwatywna ale bardzo tolerancyjna i wyrozumiała dla swoich
często bardzo kapryśnych klientek, uśmiechnęła się na jej widok i powiedziała:
"Wiesz, to takie angielskie kolory:)"...
Dziś, gdy robiłam te kwiatuszki przypomniałam sobie tę historię :)
Wywarła na mnie duże wrażenie, bo tak "krzykliwie" nikt się wtedy na ulicy nie ubierał:)
No, może jedynie "dzieci kwiaty" ale ja ich wtedy jeszcze nie spotkałam:)
I tak się zaczęłam zastanawiać, skąd mama wiedziała, że to "angielskie" kolory?
W dobie czarno- białego tv, jaki mieliśmy w domu, nigdy nie była w Anglii...
Może z gazet lub czasopism? Ale zza żelaznej kurtyny niewiele do nas wtedy docierało.
Prenumerowane od lat 50- tych przez Mamę polskie, "modowe" czasopisma,
drukowane na brudno- żółtym prawie papierze, a w nich projekty odzieży
i formy w kolorach równie burych co ubrania na ulicach.
Więc skąd ta znajomość zagranicznej kolorystyki?
Owszem, miałyśmy w domu kilka katalogów odzieżowych,
przywiezionych z dawnego NRD przez zaprzyjaźnioną klientkę;)
Oglądane przeze mnie z namaszczeniem, pod kontrolą mamy,
by nie zniszczyć cennej zdobyczy:)
Ale była to moda niemiecka, klasyczna bardziej, kolory raczej podstawowe, stonowane.
Sporo brązów, bieli, szarości, granatów i stylu marine.
Nie nosiło się wówczas krzykliwych , dziś modnych neonowych turkusów, fuksji,
żółci, pomarańczy czy seledynu:)
Być może styl angielskich zestawień kolorystycznych poznała w szkole krawieckiej,
którą ukończyła z wyróżnieniem
i później zdobyła tytuł mistrza w tej dziedzinie.
A być może z książek, które zawsze ceniła, a miała na nie niewiele czasu.
To ona od dziecka uczulała mnie nie tylko na barwy,
odcienie, faktury i desenie tkanin ale i na świat przyrody.
Dziś wiem, że ten zestaw kolorów, to po prostu angielskie ,
różane ogrody:)
Czyż nie? :)