




Wróciłam z wojaży rodzinno- sentymentalnych.
Czy naładowałam akumulatory- troszkę:)a bardzo mi tego teraz potrzeba, nadchodzi trudny dla mnie czas jesieni, pluchy, chmur...:(- nie tylko na niebie.
Przespacerowałam się uliczkami i bramami rodzinnego miasta, które często przemierzam w moich sennych wędrówkach astralnych...
Wszedzie zmiany nie tylko na lepsze- niestety.
25 lat minęło, a przecież czas nie stoi w miejscu, jak mi się często wydaje.
Dopiero od niedawna zaczęłam myśleć i mówić, że - "u mnie, na Śląsku"... bo przecież przyjechałam tu tylko na chwilę....która trwa już ćwierć wieku:)
I takie dziwne uczucie mnie zawsze ogarnia, gdy wracam na chwilkę do Częstochowy, że nadal jestem dzieckiem...bo całe dorosłe życie- to już Katowice:)
I niestety, jako dorosła osoba stwierdzam, że miasto nie wykorzystuje swoich szans- jako "Mekka turystyczna", wszędzie same banki, apteki, niezliczone markety w centrum miasta, ech:(.
I w tą oto podróż sentymentalną zabrałam kilka małych kłębuszków- by w pociągu nie tracić czasu i zrobić zalążek narzuty do przyjęcia projektu.
Miłe moje- piszecie do mnie z kolejnymi zamówieniami, co mnie ogromnie cieszy, ale niestety już mam zapchany kalendarz pracy na długo i ręce jedne.
I tylko spokój i cierpliwość tu może pomóc:)
Przepraszam te, które czekają cierpliwie, bo wszystko robię "w międzyczasie"- już słynnym:)
Pozdrawiam Was więc serdecznie, nostalgicznie, jak piękne suche trawy na łąkach mojego dzieciństwa...:)
Ps. Moja wstrząśnięta- nie zmieszana:)) głowa jakoś działa, dziękuję wszystkim za troskę:)













































