



Odkąd pamiętam - kocham chabry;))
Jako kilkulatka zbierałam je na polach, do dużego koszyka, by mieć co charytatywnie:)) sypać na procesji Bożego Ciała.
Po Komunii był to już obowiązek- bardzo miły.
Pamiętam, że najwięcej było ich na polu księdza...tuż za plebanią...to się nazywa "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek"...:)) bo na te łany zbóż był zakaz wchodzenia!
Były też i inne kwiaty-łąkowe; koniczyna, kaczeńce, rumianki, różowe kwiaty głogu- i tu trzeba było wspiąć się na drzewo(co to dla mnie! - "chłopczycy"....po co prosić kolegów, skoro mogę sama...i tak mam do dziś:))
Na końcu, gdy wydawało mi się, że mam kwiatów jeszcze za mało (a koszyk był pełny po brzegi:)) biegłam do Taty na działkę- a tam raj:))
Prosiłam pięknie, że "przecież zaraz przekwitną i opadną" z buzią w podkówkę... i dostawałam cudowne kwiaty piwonii, jakieś róże wczesne, czasem lwie paszcze::))i wiele innych, bajecznie kolorowych okazów i dumę Taty!:))
Koszyk miałam zazwyczaj największy i najbardziej kolorowy- jak to dziecko, rosłam z dumy:)
A dziś- tak mi się ta włóczka "upolowana" za grosze, stara jak świat:) w kolorze indygo- a dla mnie chabrów- skojarzyła z dzieciństwem i tymi kolorami, którymi Was tu dość często raczę:))
Na dokładkę moje nieskończone chabry, bratki i inne błękity naklejone na kartkach- tylko wybierać:))
I tradycyjnie- moje marzenia zamknięte w torebce- chabry do wysiania- znalazłam w szufladzie- jeszcze z zeszłego roku...
Bo jakoś mi umyka, by kupić ziemię i wysiać ...tylko do doniczki- moją namiastkę dziecinnych wspomnień.
Pozdrawiam was chabrowo, nostalgicznie:)