

Kochani, musiałam się zatrzymać, zwolnić...
Mimo, iż wydaje mi się, że żyję w zgodzie z sobą, że udało się tak wszystko pukładać, by moja pasja była jednocześnie satysfakcjonującą pracą:)
I tak jest...ale kiedy przychodzi choroba....wszystko schodzi na drugi plan.
Miałam w domu szpital- koszmarna grypa nas dopadła- nie chcę nawet wiedzieć z jaką numeracją:)
Powolutku dochodzimy do siebie, pracujemy nadal.
Mimo mojego napiętego planu pracy- wypadło mi z życia kilka dni zupełnie- dziś patrzę z niedowierzaniem na kalendarz, że to już prawie połowa stycznia:((
A na dodatek odszedł mój ukochany aktor- Krzysztof
- przecież młody człowiek jeszcze:(....
Kolejna piękna dusza, która zawirowała nam przed oczami i zostawiła wielką pustkę....
Kiedy byłam dzieckiem oglądałam rodzinnie filmy w tv.
Różne- te czarno-białe również.
To była nasza domowa namiastka kultury.
I wtedy moja mama mówiła: "ojej..ten aktor już nie żyje...."a potem tak było coraz częściej....
Nie rozumiałam jej wtedy,dlaczego tak reaguje emocjonalnie.
A dziś...łapię się na tym, że sama oglądam i tak mówię swoim dzieciom...
bo przecież zaledwie wczoraj widziałam ich młodych....a dziś....
Odchodzą coraz częściej...my zostajemy ze smutkiem.
Ale , żeby nie było tak tragicznie...ratuję się kolorami-
teraz już na 4 ręce praca wre:)
Patchworki się łączą, włóczka zwija, pomysły fruwają...
a mój i Krzysztofa ulubiony Cohen śpiewa:
"Dance me to the end of love......."
Ściskam Was wszystkich serdecznie....już nie będę tak znikać Wam z oczu:)















































